Tytułem wprowadzenia

C

zytelnik znajdzie tu fragmenty kolejnej, szóstej już powieści fantastyczno-naukowej Edwarda Guziakiewicza, po „Obcych z Alfy Centauri”, „Hurysach z katalogu”, „Windzie czasu”, „Buncie androidów” i „Zdradzie strażnika planety”, nie licząc obszernego cyklu SF, złożonego z serii nowel i zatytułowanego „Przyloty na Ziemię”.

Powieść „A jeśli jutra nie będzie” należy do nurtu postapokaliptycznego w fantastyce. Akcja toczy się współcześnie w USA. Po ataku zabójczego wirusa z kosmosu przy życiu pozostaje niespełna dwa procent ludzi na Ziemi. Czy to kres cywilizacji? Co z pozostawionymi bez obsługi elektrowniami atomowymi?

Nastolatki z Florydy usiłują przetrwać w obliczu totalnego zagrożenia i odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Głównym bohaterem jest Oscar Moore, uczeń szkoły średniej w West Palm Beach. Towarzyszą mu rówieśnicy. Pozostali przy życiu nieliczni starsi mieszkańcy miasta, których wirus oszczędził, organizują się, by stanąć na nogi. Na pierwszy rzut oka radzą sobie całkiem nieźle. Powstają komitety ocalenia publicznego.

Powieść ukazuje mniej znane dorosłym oblicze nastolatka i jego zachowania w ekstremalnych warunkach. Burzy potoczne wyobrażenia. Ma ona także drugie dno. Wiąże się ono z kalendarzem Majów i zapowiadanym przez nich czwartym końcem świata, który miał przypaść 21 grudnia 2012 r.

Autor rozpoczął pracę nad tą powieścią w maju 2014 r., a ukończył ją we wrześniu 2015 r. Ukazała się drukiem w listopadzie 2015 r.

Zamieszczone tu fragmenty pochodzą z rozdziałów pierwszego, czwartego i piątego.



Zobacz stronę

armagedon.guziakiewicz.pl

Wydania

PDF • ePUB • Mobi




Z dziennika pokładowego En-A-Rina


Uderzyło mnie bogactwo flory i fauny tej planety, rzuconej na dalekie obrzeża galaktyki. Życie pleniło się tu niemal wszędzie — na lądach, w atmosferze i w głębinach oceanów. Natura triumfowała... Nie ze wszystkim jednak ewolucja sobie poradziła. Załamała się na gatunku, odgrywającym kluczową rolę na tej planecie i szybko przekształcającym otoczenie. Dziwnym trafem doszło do jego degeneracji... Dobrze rozwinięty i pojemny mózg ssaków naczelnych o spionizowanej postaci z niezrozumiałych dla mnie powodów wykorzystywał nikły procent swego potencjału. Co wywoływało fatalne skutki. Dociekliwi dwunożni byli niebezpiecznymi pasożytami... Gdybym pozostawił ich własnemu losowi, starliby życie z powierzchni globu. To już był ostatni dzwonek.

Aby uratować planetę i zachować jej cudowną faunę i olśniewającą florę, należało wyplenić ten gatunek. Rozprawić się z nim raz na zawsze. Po głębszym namyśle zdecydowałem się jednak pozostawić przy życiu jedną setną nieszczęsnej populacji. No, może gdzieniegdzie jedną pięćdziesiątą. U niewielkiej części osobników wykryłem bowiem obiecujące sekwencje genetyczne. Kiedy uporałem się z pracą, świetlista strzała z zabójczym wirusem wystrzeliła w stronę globu. Ja zaś wybrałem się w dalszą drogę, szukając innych skupisk życia w kosmosie. Tu już posprzątałem.